Zawsze chciałam odwiedzić Ateny, miejsce wielu początków, np. początku demokracji. Jednak nie było mi to nigdy po drodze, głównie ze względu na fakt, iż Grecja zawsze wygrywała u mnie jako miejsce do spędzienia letnich wakacji, a te spędzaliśmy głównie na wyspach. Szansą na zwiedzenie  miasta okazały się wakacje na wyspie Paros. Planując naszą podróż, zdecydowaliśmy się na przepłynięcie promem na tę wyspę, co wiązało się z pozostaniem na noc w Atenach (prom odpływa z pobliskiego portu Piraeus). Do Aten postanowiliśmy przylecieć dzień wcześniej i tym samym mieliśmy ok. 1,5 dnia na zobaczenie miasta, co jak dla mnie było wystarczające.

Najważniejszym dla mnie miejscem, jak i zapewne dla większości turystów, był Akropol. Pojechaliśmy tam w godzinach porannych, aby uniknąć tłumów, co nam się niejako udało. Nie myślcie jednak, że nie było tam ludzi:D Po prostu nie było zbyt tłoczno. To miejsce urzekło mnie i doceniam to, że dba się o te ruiny, a kolejne pokolenia mogą je oglądać. Wejście na górę bogów może być wyczerpujące, lecz do najtrudnieszych nie należy. Nie polecałabym pójścia tam w klapkach.

Na ścianie Akropolu znajduje się Odeon Herroda Atticusa:

Nie jestem wielką fanką zwiedzania ruin świątyń, szczególnie jeżeli chodzi o nieliczne ich pozostałości, takie jak fundamenty czy resztki kolumn, dlatego też nie zwiedziłam ich wielu w mieście.

Ciekawą natomiast dla mnie rzeczą okazała się zmiana warty przed Parlamentem:

Spacerowaliśmy uliczkami miasta i staraliśmy się poczuć jego atmosferę. Mimo faktu, iz zaskoczona byłam jego zaniedbaniem- miasto przypominało mi trochę Bukareszt- podobał mi się południowy styl życia. Kawiarnie i restauracje wypełnione ludźmi, którzy żyją chwilą.