Kiedy plażowanie Was znudzi (choć szczerze mówiąc, mnie błogie leżenie na tych pięknych plażach nie nudziło…) już w hotelu można zapisać się na kilka organizowanych na wyspie wycieczek. Jedną z nich jest odwiedzenie plantacji przypraw, gdzie można zobaczyć jak wygląda np. krzak/ pnącza pieprzu (zdjęcie poniżej):

Goździki (Zanzibar jest ich trzecim na świecie producentem):

Imbir:

Lipstic Plant, czyli szminka roślinna, która naprawdę działa! Tym barwnikiem można pokolorować usta i nie tylko:)

 

Jackfruit, to ten wiszący owoc, a drzewo na którym rośnie, to tzw. drzewo bochenkowe:

Trawa cytrynowa:

Ananas, który zapewne poznajecie:

Jedną z atrakcji wizyty na plantacji jest pokaz zrywania kokosów przez Pana, który specjalnie dla Was wdrapie się na palmę, a poźniej takiego kokosa dla Was przytnie i wręczy, abyście mogli raczyć się jego wnętrzem… Z liści palmowych, tym razem inny już Pan, zrobi dla Was różnego rodzaju akcesoria, od kapeluszy po torebkę i pierścionek. Na koniec zbierane są z tego tytułu dodatkowe napiwki. Osobiście całe to przedstawienie mnie zniesmaczyło. Moim zdaniem cała oprawa jest przesadzona i gra się tutaj na naiwności turystów. Może byli i tacy wśród nas, którym się to podobało. Ja niestety nie jestem fanką tego typu atrakcji.

Drugą wycieczką, z której skorzystaliśmy była wyprawa na sąsiednią wyspę.

Prison Island– czyli „Wyspa Więźniów” zlokalizowana jest ok. pół godziny łodzią od Zanzibaru, a łódź, która Was tam zabierze wygląda tak jak poniżej… Niepokój ogarnął mnie na pełnym morzu, kiedy motor łodzi nagle przestał funkcjonować. Na szczęście został szybko „naprawiony” i szczęśliwie znaleźliśmy się na miejscu.

Tak wygląda Stone Town z łodzi.

Wyspa Więźniów w oddali.

Widok na Stone Town.

Łodzie mieszkańców często nosiły dla nas dość zabawne nazwy, takie jak „czerwona małpa” czy „gladiator”.

Mieszkańcy Zanzibaru przypływają na Wyspę Więźniów w poszukiwaniu skorupiaków (zajmują się tym głównie kobiety).

Poniższy drogowskaz zobrazował gdzie się znajdujemy:)

Największa atrakcją wyspy są gigantyczne żółwie, które przywiezione zostały tu z Seszeli. Oprócz żółwi jest tam też budynek dawnego więzienia (stąd i nazwa wyspy), lecz nie było tam zbyt wiele do zwiedzenia.

Ponizej najstarszy z mieszkających tam żółwi, liczący sobie prawie 200 lat!

Droga powrotna.

Zanzibar to przepiękna wyspa warta odwiedzenia. Ma ona ogromny potencjał turystyczny, który niestety nie przekłada się na poziom życia jej mieszkańców, tak jak ma to miejsce we Włoszech czy Grecji. Bieda mieszkańców była dla nas rażąca. Przepaść pomiędzy warunkami, w których mieszkają turyści, a lokalni  jest ogromna, co sprawiało, że czuliśmy się tam trochę nieswojo. Ta część Afryki niestety tak wygląda. Woda z kranu nie nadaje się nawet do mycia zębów. Piękne hotele zachodnich inwestorów i lepione chaty mieszkańców zderzają się ze sobą.

Niestety taka jest obecnie polityka wielu Afrykańskich krajów. Przepaść pomiędzy bogatymi (blisko władzy), a biednymi jest ogromna. Mam nadzieję, że to się jednak kiedyś zmieni…